no więc można jeszcze mieć chęć dzielić się czymś ze światem. mieć po co dzwonić o północy do meksyku. i zasypiać nad klawiaturą ale czekać do tej północy. i przebiegać trzy kilometry i umierać, ale biec dalej. ach, i to słońce na ramionach. pokaz la grande belleza nad wisłą. i tylko trzeba udawać, że grzeje nas to podłe białe wino i wcale ale to wcale nie utożsamiać się z samotnością rzymu. i planować ten meksyk i pisać listy na dwie strony i biec janapawła i labiryntem przejść podziemnych, i wtedy nawet nie szkodzi, że domaniewska jutro.
cudowne nowe horyzonty, pełne bankietów w ratuszu (i na rauszu), koncertów w kinie i arsenale, pożyczonych akredytacji, nadrannych powrotów i wielu planów (too many dreams to entirely gather, bo jak pogodzić rozwój osobisty z koniecznością domaniewskiej, chyba tylko śpiąc po cztery godziny na dobę), ale przecież inaczej się nie da.
i tylko czasami organizm mówi ci dość i nie możesz jechać do zwierzyńca na letnią akademię filmową (ale przecież i tak nie zobaczyłabyś tam ani jednego filmu - ale przecież nie po to są festiwale filmowe).
i spędzanie dni wolnych na czytaniu bralczyka, miodka i markowskiego ( - mam przyjaciela, który jest takim frankofonem, że nawet o radzieckim kgb mówi 'ka że be'. - bo pewnie 'te że we' mu się nałożyło), i jak tu nie kochać.
nie, nie dajemy się depresji sierpniowej.
***
oglądam: 'szef', miłość absolutna i do muzyki też, salsa, kubańskie kanapki, słońce i kumple to naprawdę to, co liczy się w życiu;
czytam: 'wszystko zależy od przyimka' - bralczyk, miodek i markowski w rozmowie z jerzym sosnowskim (nie wiem, jak poprawnie zapisać ten tytuł, niestety)
słucham: someday - paula i karol (najkochańsi na smuteczki)
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz