środa, 27 sierpnia 2014

a czasem przychodzi taki dzień, że wymiotujesz ze zmęczenia o piątej rano w korporacyjnej ciasnej toalecie, flirtujesz z żonatym kolegą z pracy, masz na koncie zaledwie 6 (słownie: sześć) złotych i sypiasz z przypadkowymi facetami w swoim własnym łóżku. a na stoliku obok leży nowy myśliwski [to dzieło totalne, które chce objąć całość ludzkiego doświadczenia, dotknąć tajemnicy bytu].

lato się skończyło.

though the truth may vary
this ship will carry our bodies safe to shore. 
[???]

***
oglądam: edi - piotr trzaskalski
czytam: ostatnie rozdanie - wiesław myśliwski
słucham: little talks - of monsters and men

sobota, 23 sierpnia 2014

miało być o tym, że za sprawą jednego z dwóch najważniejszych mężczyzn w życiu biorę życie w swoje ręce. że kładę kres (forma niedokonana, ciągła) znajomościom niejednoznacznym (tak mało mam innych), że przestaję udowadniać sobie że mogę zdobyć czyjąś uwagę, po to, by później się tą osobą znudzić; że samotność jest bardziej wartościowa niż jednonocne iluzje bliskości; że trzeba położyć palec na ustach twoim tramwajowym fantazjom seksualnym z truskawkami w roli głównej, które nie prowadzą do niczego  t r w a ł e g o.

miało być, a potem jednak idę z tobą na wykład o historii filmu porno. zaczynam czytać cholerny tygodnik powszechny. wstawać wcześnie rano na pokazy prasowe. wracać do czytania w metrze, zainspirowana słowami leszka talki (talko?), że ludzie powinni rozmawiać o nominowanych do nike książkach zamiast dyskutować o cenach kiełbasy. marznę na wieczornych pokazach 'pałacu' tomka wolskiego (najwspanialszy.) i farbuję znów włosy na kolor tak zwany rubin.

jeśli to życie ma sens - w co wierzę
mocniej niż w samo życie -
to można nauczyć się od nowa
tego, co zgubiliśmy gdzieś
po Drodze.

***
czytam: 'mi país inventado' - isabel allende, piękna książka o nostalgii chilijskiej.
oglądam: 'life love lust' - erika lust 
słucham: nancy sinatra (ach i to wspomnienie czegoś, co teraz wydaje mi się miłością życia.) na przemian z 'barcelona' - george ezra




poniedziałek, 18 sierpnia 2014

zapamiętać: 

jeden: czas potrzebny na przebycie danego dystansu w trampkach i podartych dżinsach jest krótszy niż czas potrzebny na przebycie tego samego dystansu w szpilkach i z laptopem na ramieniu.

dwa: najlepsze wieczory i randki kończą się pokazem nowego allena kolejnego dnia rano.

trzy: w warszawie też może być portofino.

trzeba zapomnieć tyle zdarzeń i snów/ 
zgubić, by znaleźć je znów.

***
oglądam: magia w świetle księżyca - woody allen, berlin i francja przełomu lat 20. i 30. i zachwycający colin firth w roli chińczyka-prestidigitatora. najlepszy jak dla mnie z trylogii rzym-paryż-berlin.



piątek, 15 sierpnia 2014

bo istnieją jeszcze mężczyźni, do randek z którymi trzeba się odpowiednio przygotować intelektualnie i poświęcić wieczór przed na gorączkowe wertowanie tomików wierszy (upij się ze mną na wesoło,/ zechcesz coś chlapnąć, no to chlap/ i niech raz się zamknie koło/ moich mężczyzn, twoich bab, a wy wiecie, czyje to?).

bo istnieją jeszcze miejsca, w których praca wymaga choćby minimalnej kreatywności, nawet jeżeli to tylko wymyślanie contentu do social media. niedługo brakować mi będzie już tylko macbooka, zawadiackiej fryzury, dużych okularów i ciężkich butów (jednego elementu dotychczas się nie dorobiłam, skreślić niepasujące).
 
***
czytam, słucham i oglądam: osiecka, do cholery.
 
słonecznej piłki lot nad ranem cieszył nas
jak zabłąkany kot odchodził nocny czas
o, nie daj trafić tu z mężczyzną marnym, złym
co już nie bawi nas, nie rani byle czym.
bolera gęsty miód i fiolet nocnych par
niech starczy nam za cud, gdy się dopali żar.
(chociaż nie lubię sopotu, o nie.) 
 
 


czwartek, 14 sierpnia 2014

no więc można jeszcze mieć chęć dzielić się czymś ze światem. mieć po co dzwonić o północy do meksyku. i zasypiać nad klawiaturą ale czekać do tej północy. i przebiegać trzy kilometry i umierać, ale biec dalej. ach, i to słońce na ramionach. pokaz la grande belleza nad wisłą. i tylko trzeba udawać, że grzeje nas to podłe białe wino i wcale ale to wcale nie utożsamiać się z samotnością rzymu. i planować ten meksyk i pisać listy na dwie strony i biec janapawła i labiryntem przejść podziemnych, i wtedy nawet nie szkodzi, że domaniewska jutro. 

cudowne nowe horyzonty, pełne bankietów w ratuszu (i na rauszu), koncertów w kinie i arsenale, pożyczonych akredytacji, nadrannych powrotów i wielu planów (too many dreams to entirely gather, bo jak pogodzić rozwój osobisty z koniecznością domaniewskiej, chyba tylko śpiąc po cztery godziny na dobę), ale przecież inaczej się nie da.

i tylko czasami organizm mówi ci dość i nie możesz jechać do zwierzyńca na letnią akademię filmową (ale przecież i tak nie zobaczyłabyś tam ani jednego filmu - ale przecież nie po to są festiwale filmowe).

i spędzanie dni wolnych na czytaniu bralczyka, miodka i markowskiego ( - mam przyjaciela, który jest takim frankofonem, że nawet o radzieckim kgb mówi 'ka że be'. - bo pewnie 'te że we' mu się nałożyło), i jak tu nie kochać.

nie, nie dajemy się depresji sierpniowej.

***
oglądam: 'szef', miłość absolutna i do muzyki też, salsa, kubańskie kanapki, słońce i kumple to naprawdę to, co liczy się w życiu;
czytam: 'wszystko zależy od przyimka' - bralczyk, miodek i markowski w rozmowie z jerzym sosnowskim (nie wiem, jak poprawnie zapisać ten tytuł, niestety)
słucham: someday - paula i karol (najkochańsi na smuteczki)